Elena ciągnęła mnie za ramię tak mocno, że prawie upadałam. Nogi miałam jak z waty. Gdyby mnie nie trzymała już dawno leżałabym jak długa na korytarzu. Kątem oka widziałam tylko jej dłoń zaciśniętą na moim przedramieniu. Była biała z siły ucisku.
- Panienki, dokąd to? - zapytał męski głos. Mimowolnie uniosłam głowę. Przed nami stał mężczyzna około pięćdziesiątki ubrany w pełny policyjny strój.
Elena zawahała się. Na jej twarzy malował się szok.
Policjant spojrzał na mnie.
- Co z tobą? Może zaprowadzimy cię do lekarza? Nikt nie może opuścić szkoły w tym momencie - powiedział i bez słowa kazał nam iść za sobą. Prowadził nas do bocznego korytarza a potem wyprowadził przed szkołę przez wyjście ewakuacyjne.
Przed szkołą było pełno radiowozów policyjnych. Migotały zjadliwie kogutami a mi aż zaczęło się robić od nich niedobrze.
- Posadź ją tutaj - rozkazał wskazując drewnianą ławkę i znów bez słowa ruszył biegiem w kierunku karetki pogotowia. W kilka chwil obok mnie pojawił się młody lekarz. Zaświecił mi w oczy i sprawdził przytomność mózgową.
- Wszystko z tobą dobrze - powiedział patrząc mi głęboko w oczy. Zaraz potem spojrzał na Elenę - Zabierz ją do domu. To nie jest odpowiednie miejsce dla niej.
I odszedł. Elena pomogła mi wstać i obejmując za ramię ruszyła ulicą w poszukiwaniu swojego samochodu.
- To chore. Szyby wyleciały w powietrze... - zaczęła Elena.
- Cześć - powiedział damski głos. Uniosłam głowę. Przed nami stała piękna blondynka o niebieskich oczach i pełnych ustach. Na oko była odrobinę starsza od nas.
- Szukam mojego brata. Nazywa się Klaus. Widziałyście go może? - przeszyła nas drapieżnym wzrokiem. Zadrżałam. W jej głosie było słychać ostre noże.
- Zapewne jest razem z pozostałymi uczniami - odparła cierpko Elena. Nie było jej do rozmowy.
- Ach tak - westchnęła - Nazywam się Rebecca i jestem siostrą Klausa.
- Nic nie wspominał - rzuciłam i szybko tego pożałowałam. Rebecca spojrzała mi w oczy swoim ognistym wzrokiem.
- To zapewne dlatego, że nic nie mówi - sprostowała i spojrzała za mnie i Elenę - Nick! Nick, tutaj!
Obróciłyśmy się. W naszym kierunku szedł Klaus we własnej osobie. Siostra podbiegła do niego i mocno go uściskała. Klaus spojrzał na mnie. Nie odwróciłam wzroku, nie mogłam. Nie teraz.
- Moje drogie przyjaciółki - powiedział Klaus ironicznie. Widziałam w jego oczach wielki lód - Radzę wynosić się skąd. To nie miejsce dla... takich jak wy.
Elena posłała mu lekki uśmiech aby osłodzić sytuację. Klaus odpowiedział również tym samym mimowolnym uśmiechem i ruszył z Rebbecą w kierunku lasu.
Elena objęła mnie ramieniem i spojrzała mi w oczy. Gdy dotarłyśmy do samochodu wozów policyjnych nadal przybywało. Jednak dla mnie było już stanowczo za dużo. Wychyliłam się zaa auta, tak aby nie pobrudzić drzwi i zwymiotowałam.
- Elena, mówię ci po raz setny, nic mi nie jest - powiedziałam kręcąc oczami. Byłyśmy w moim domu a Elena chciała zgrywać dobrą mamę. Spojrzała na mnie zastanawiająco i westchnęła.
Rozległ się dzwonek do drzwi. Już chciałam wstać ale Elena była szybsza. Pojawiła się obok mnie w oka mgnieniu.
- Ja otworzę. Ty leż - rozkazała ciepło i ruszyła w kierunku drzwi.
- Witam - rozległ się głos mężczyzny - Ja do Avii. Mogę wejść?
Spojrzałam w kierunku drzwi i spotkałam się z wzrokiem Eleny. Wstałam i szybko podeszłam.
- To ja, o co chodz... - zawahałam się i dopiero wtedy spojrzałam na rozmówcę.
Przed nami stał chłopak, który mógł być raptem rok starszy ode mnie i Eleny. Miał ciemne włosy, które w niektórych miejscach zawijały się w loczki. Jego skóra była biała jak papier ale również piękna i oryginalna. Ubrany był w jasną koszulkę z krótkim rękawem oraz markowe dżinsy i buty.
Patrzył na mnie ciemnozielonymi oczami. Czułam się jakby wiercił mnie od środka i potrafił rozpoznać wszystko co leży mi na sercu.
- Jesteś Avia tak?
Przytaknęłam. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu.
- Nazywam się Stefano. Stefano Salvatore...
- Ten od rodziny założycieli? - wtrąciła się Elena. W jej głosie słychać było radość.
- Tak - odparł miło Stefano i od razu zwrócił się do mnie - Mamy pewien problem. Przez wczorajsze problemy w szkole, rada chciałaby abyś stawiła się na jej posiedzenie i przedstawiła swój obrót wydarzeń.
Patrzyłam na niego ogłupiała a jednocześnie...
Chłopak się wahał. W jego głosie było słychać tak wielki strach, że wręcz coś mi nie pasowało.
- Czy byłabyś tak miła i pozwoliła abym odprowadził cię bezpośrednio do rady? - spytał. Zmrużyłam oczy.
- Tak, jasne - potwierdziłam i spojrzałam na Elenę - Wszystko będzie dobrze. Zadzwonię jak będę wracać. Nie martw się o mnie - i spojrzałam w zaniepokojone oczy przyjaciółki, która po krótkiej chwili pokiwała głową w zgodzie.
Stefano wyprowadził mnie z ulicy i zaczął kierować do lasu. Było co raz straszniej. Jedyne co słyszałam to szelest liści pod moimi i jego nogami.
- Gdzie mnie prowadzisz? - spytałam gdy ujrzałam pensjonat dla uczniów spoza miasta - Rada nigdy nie miała tutaj posiedzenia.
Stefano zatrzymał się i od razu odwrócił.
- Nie sądziłem, że jesteś taka bystra - odparł krótko świrując mnie zielonymi oczami - Jeśli jednak chcesz się dowiedzieć dlaczego i w jaki sposób został spowodowany wypadek w szkole nalegam abyś szła za mną. Nie jestem seryjnym mordercą - tutaj usłyszałam nutkę drwiny - ani gwałcicielem. Nie zrobię ci krzywdy.
Spojrzałam mu w oczy. Lśniły nadludzką dobrocią która przykuwała moją uwagę ale też stale mnie niepokoiła. Jednak nie zawahałam się.
Wprowadził mnie do pensjonatu a potem popchnął w kierunku salonu.
Salon był cały w starodawnych regałach książek. Były tak tomy oprawione w grubą skórę ale także tomiki nie większe niż rozłożona dłoń. Pokój był wielkości małej sali treningowej w mojej szkole. Podłoga została przykryta najdroższymi dywanami sprowadzonymi najprawdopodobniej z Peru ze względu na napisy oraz ornamenty je zdobiące. Stał także spory stolik oraz dwa masywne fotele i kanapa pamiętające jeszcze czasy wojny secesyjnej. Wszystko jednak było urządzone starannie i odpowiednio do panującej atmosfery w domu. Zapewne musieli dużo zapłacić dekoratorowi wnętrz.
Odwróciłam się w jego stronę. Patrzył na mnie znów tymi nieprzeniknionymi oczami, chcąc wedrzeć się w głąb mojej duszy.
- A więc o co chodzi? - spytałam niepewnie. Bałam się odpowiedzi.
Stefano głośno odetchnął i znów spojrzał mi w oczy. Jednak teraz widziałam w nich lód.
- Naprawdę nie wiesz jak doprowadziłaś do sytuacji w szkolnej stołówce? - zapytał pytaniem na pytanie. Ironia tak bardzo dziwnie brzmiała w jego ustach.
Pokręciłam głową i odwróciłam wzrok.
- Tylko po to mnie tu zaciągnąłeś? Wiem, że coś jest nie tak ale nie mam pojęcia co. Jestem zwykłą dziewczyną...
- Zwykłe dziewczyny nie wysadzają w powietrze wszystkich szyb z stołówce szkolnej - rozległ się głos za Stefanem - Jeśli na serio chciałaś skrzywdzić trzy czwarte szkoły mogłaś po prostu ich zabić, byłoby mniej problemów.
Wtedy zauważyłam chłopaka, który był tylko odrobinę wyższy od Stefano. Miał kruczoczarne włosy które w odróżnieniu do włosów jego brata opadały prosto na czoło. Miał także czarne oczy, jak dwa węgle. Świeciły się niespokojnie. Łączyła ich tylko biała karnacja.
Chłopak podszedł do Stefano i rzucił krzywy wyraz wzorku na mnie.
- Jestem Damon. Damon Salvatore - powiedział i ruszył w kierunku barku z alkoholami w drugim końcu salonu.
Stefano prychnął.
- Nie jest zbyt dobry w powitaniach - szepnął.
- Słyszałem - odparł głośno Damon odwracając się w kierunku Stefano z kieliszkiem brandy w ręku.
- Och Damon nie bądź taki - żachnął się Stefano uśmiechając się szeroko i pokazując śnieżnobiałe zęby - Oboje dobrze wiemy jaki tak naprawdę jesteś.
Damon zmrużył oczy, odwrócił się znów w kierunku barku i nie odpowiedział.
Stefano pokazał ręką kanapę.
- Proszę, siadaj.
Usiadłam na wielkiej kanapie a może nawet sofie, która była nienaturalnie miękka i obszyta szmaragdowo zielonym aksamitnym obiciem. Mogła mieć ponad dwadzieścia lat.
Stefano ruszył w kierunku jednego z regałów i wyjął z niego dużą księgę oprawioną w grubą, starą okładkę i położył ją przede mną na stoliku. Potem wybrał jakąś stronę i stanowczo przewrócił ją.
Moim oczom ukazały się znaki runiczne oraz różnorodne fotografie w niektórych miejscach przedstawione razem z tekstem.
- Widziałam już kiedyś takie znaki, babcia mi je pokazała - zaczęłam.
- Widzisz Stefciu? Wie co to za znaki, pół godziny roboty mniej - wtrącił się Damon siadając obok mnie na kanapie tak, że stykaliśmy się udami. Poczułam głęboki zapach jego ubrań. Bynajmniej nie był to zwykły proszek do prania.
- Avia, posłuchaj. Ta książka jest pełna pustych kartek. Widzimy tylko fotografie i tekst napisany starym gotyckim pismem. Nie widzimy tutaj żadnych run... - powiedział Stefano patrząc na mnie. Także na niego spojrzałam.
- Co to ma niby oznaczać? - spytałam patrząc to na Damona to na Stefano. Potem dotknęłam palcem wskazującym jednego ze znaków na kartce. Dokładnie czułam pod jego palcami wtopiony w celulozę atrament.
- Kobiety które widzą te znaki...są czarownicami - powiedział Damon tuż nad moim uchem. Zabrzmiał drapieżnie i po moich plecach przebiegł dreszcz.
Pokręciłam głową.
- Czuję w tym miejscu atrament. Musicie widzieć te napisy, atramentu nie da się zamazać - zaprotestowałam. Stefano prychnął. Wyprowadzałam go z równowagi.
- Avia. Twoja babcia jest czarownicą. Twoja prababcia jest czarownicą... - powiedział pochylając się przez stół w moim kierunku.
- Ale moja mama nie jest. Skoro ona nią nie jest łańcuch został przerwany. Aby być czarownicą trzeba nią być z pokolenia na pokolenie - powiedziałam stanowczo zaciskając usta w wąską linię - Ale skoro moja babcia jest czarownicą to czemu mama nie jest?
- I to jest właśnie ten problem - odparł Damon wstając i robiąc powolne okrążenie dookoła mnie i Stefano - Twoja matka powinna być czarownicą. A nią nie jest. Pytaliśmy o to nawet twoją babcię ale wzruszyła tylko ramionami i powiedziała "Nic nie pamiętam".
Spojrzałam na niego groźnie. Odpowiedział mi drwiącym uśmiechem i stanął obok Stefano.
- Jesteście braćmi a macie tyle różnic... - szepnęłam. Damon spojrzał z ukosa na brata.
- Jakoś mi jest dobrze być takim jak teraz - odparł bez wyrazu twarzy.
Stefano się nie odezwał. Stał z zaplecionymi rękoma na piersi i przyglądał mi się uważnie.
- Musisz być naprawdę słaba skoro nie masz żadnego przypływu mocy - powiedział Damon znów ruszając w kierunku barku.
Odetchnęłam w złości. Wzbierał we mnie gniew.
- Damon.. Nie prowokuj jej...
- Niby czemu co? Babka ukrywała przed nią jej prawdziwe ja, Stefan obudź się! Potrafi tylko rozwalić szyby w stołówce i poranić połowę szkoły z braku umiarkowania. Jest słaba.
- Damon - powiedział głośniej Stefano - Uspokój się.
- Jej matka nawet nie jest czarownicą. Czego ty do cholery od niej wymagasz? Żeby cię w królika zamieniła? Prędzej zeszłaby na zawał niż cokolwiek wyczarowała.
To co później się stało przemknęło mi odrobinę przez mgłę. Wstałam z sofy raptownie i w mgnieniu okna znalazłam się przy Damonie. Złapałam go mocno za szyję i uniosłam do góry tak, że jego nogi zwisały bezwładnie nad podłogą.
- Jeśli jeszcze raz powiesz coś złego o mojej rodzinie to osobiście wyrwę ci język - powiedziałam mrużąc oczy.
Rzuciłam nim przez połowę pokoju tak, że znalazł się obok nóg Stefano. Stefan popatrzył na niego z lekką drwiną śmiechu na ustach.
Damon zaczął się powoli podnosić. Gdy wstał zaczął kręcił głową i usłyszałam lekkie chrupnięcie co oznaczało, że kość wróciła na miejsce. Damon odwrócił się w moim kierunku i spojrzał na mnie zaskoczony.
- Jak ty to zrobiłaś? - zapytał. Spojrzałam na swoje ręce. Nie widziałam nic co przykułoby moją uwagę.
- I tak nie dasz radę nas zabić - powiedział Stefano. Teraz spojrzałam w jego oczy. Nadal lśniły spokojem i harmonią.
- Jesteście hybrydami? - spytałam.
- Wymysły - prychnął Damon i pokazał swoje śnieżnobiałe zęby - Coś stanowczo bardziej normalnego.
Wtem jego kły zaczęły się wydłużać i zrobiły się bardzo ostro zakończone. Oczy Damona zrobiły się czerwone i złe.
Zaczerpnęłam głośno powietrze.
- Jesteście wampirami - szepnęłam nie mogąc odwrócić wzroku od wyglądu Damona.
Stefano spuścił wzrok na swoje buty. Zacisnęłam zęby i przełknęłam ślinę. Czułam jak w mojej krwi powiększa się poziom adrenaliny.
- Ja.. Muszę już iść - powiedziałam i szybko wybiegłam z domu zatrzaskując za sobą wielkie dębowe drzwi pensjonatu.
Słabo usłyszałam ostatnią rozmowę braci Salvatore.
- Pozwoliłeś jej uciec! A jeśli wygada? - powiedział z wielkim napięciem Damon. Mogłam sobie wyobrazić, że teraz zapewne stoi naprzeciwko brata i patrzy mu w oczy złym wyrazem twarzy.
- Uspokój się Damon. Nie po to jest czarownicą aby wygadać. Dobrze wie, że jeśli powie o tym pani burmistrz to jednocześnie zabiją nas jak i ją i jej babkę. Nie jest głupia.
Odetchnęłam lekko i zaczerpnęłam powietrza w płuca. Rzuciłam się do biegu, bałam się, że będą mnie ścigać. Biegłam przez ciemny las aż do chwili gdy stanęłam na rozgrzanym od słońca asfalcie drogi prowadzącej do centrum Mistic Falls.
Znowu byłam w domu.
- Wszystko z tobą dobrze - powiedział patrząc mi głęboko w oczy. Zaraz potem spojrzał na Elenę - Zabierz ją do domu. To nie jest odpowiednie miejsce dla niej.
I odszedł. Elena pomogła mi wstać i obejmując za ramię ruszyła ulicą w poszukiwaniu swojego samochodu.
- To chore. Szyby wyleciały w powietrze... - zaczęła Elena.
- Cześć - powiedział damski głos. Uniosłam głowę. Przed nami stała piękna blondynka o niebieskich oczach i pełnych ustach. Na oko była odrobinę starsza od nas.
- Szukam mojego brata. Nazywa się Klaus. Widziałyście go może? - przeszyła nas drapieżnym wzrokiem. Zadrżałam. W jej głosie było słychać ostre noże.
- Zapewne jest razem z pozostałymi uczniami - odparła cierpko Elena. Nie było jej do rozmowy.
- Ach tak - westchnęła - Nazywam się Rebecca i jestem siostrą Klausa.
- Nic nie wspominał - rzuciłam i szybko tego pożałowałam. Rebecca spojrzała mi w oczy swoim ognistym wzrokiem.
- To zapewne dlatego, że nic nie mówi - sprostowała i spojrzała za mnie i Elenę - Nick! Nick, tutaj!
Obróciłyśmy się. W naszym kierunku szedł Klaus we własnej osobie. Siostra podbiegła do niego i mocno go uściskała. Klaus spojrzał na mnie. Nie odwróciłam wzroku, nie mogłam. Nie teraz.
- Moje drogie przyjaciółki - powiedział Klaus ironicznie. Widziałam w jego oczach wielki lód - Radzę wynosić się skąd. To nie miejsce dla... takich jak wy.
Elena posłała mu lekki uśmiech aby osłodzić sytuację. Klaus odpowiedział również tym samym mimowolnym uśmiechem i ruszył z Rebbecą w kierunku lasu.
Elena objęła mnie ramieniem i spojrzała mi w oczy. Gdy dotarłyśmy do samochodu wozów policyjnych nadal przybywało. Jednak dla mnie było już stanowczo za dużo. Wychyliłam się zaa auta, tak aby nie pobrudzić drzwi i zwymiotowałam.
- Elena, mówię ci po raz setny, nic mi nie jest - powiedziałam kręcąc oczami. Byłyśmy w moim domu a Elena chciała zgrywać dobrą mamę. Spojrzała na mnie zastanawiająco i westchnęła.
Rozległ się dzwonek do drzwi. Już chciałam wstać ale Elena była szybsza. Pojawiła się obok mnie w oka mgnieniu.
- Ja otworzę. Ty leż - rozkazała ciepło i ruszyła w kierunku drzwi.
- Witam - rozległ się głos mężczyzny - Ja do Avii. Mogę wejść?
Spojrzałam w kierunku drzwi i spotkałam się z wzrokiem Eleny. Wstałam i szybko podeszłam.
- To ja, o co chodz... - zawahałam się i dopiero wtedy spojrzałam na rozmówcę.
Przed nami stał chłopak, który mógł być raptem rok starszy ode mnie i Eleny. Miał ciemne włosy, które w niektórych miejscach zawijały się w loczki. Jego skóra była biała jak papier ale również piękna i oryginalna. Ubrany był w jasną koszulkę z krótkim rękawem oraz markowe dżinsy i buty.
Patrzył na mnie ciemnozielonymi oczami. Czułam się jakby wiercił mnie od środka i potrafił rozpoznać wszystko co leży mi na sercu.
- Jesteś Avia tak?
Przytaknęłam. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu.
- Nazywam się Stefano. Stefano Salvatore...
- Ten od rodziny założycieli? - wtrąciła się Elena. W jej głosie słychać było radość.
- Tak - odparł miło Stefano i od razu zwrócił się do mnie - Mamy pewien problem. Przez wczorajsze problemy w szkole, rada chciałaby abyś stawiła się na jej posiedzenie i przedstawiła swój obrót wydarzeń.
Patrzyłam na niego ogłupiała a jednocześnie...
Chłopak się wahał. W jego głosie było słychać tak wielki strach, że wręcz coś mi nie pasowało.
- Czy byłabyś tak miła i pozwoliła abym odprowadził cię bezpośrednio do rady? - spytał. Zmrużyłam oczy.
- Tak, jasne - potwierdziłam i spojrzałam na Elenę - Wszystko będzie dobrze. Zadzwonię jak będę wracać. Nie martw się o mnie - i spojrzałam w zaniepokojone oczy przyjaciółki, która po krótkiej chwili pokiwała głową w zgodzie.
Stefano wyprowadził mnie z ulicy i zaczął kierować do lasu. Było co raz straszniej. Jedyne co słyszałam to szelest liści pod moimi i jego nogami.
- Gdzie mnie prowadzisz? - spytałam gdy ujrzałam pensjonat dla uczniów spoza miasta - Rada nigdy nie miała tutaj posiedzenia.
Stefano zatrzymał się i od razu odwrócił.
- Nie sądziłem, że jesteś taka bystra - odparł krótko świrując mnie zielonymi oczami - Jeśli jednak chcesz się dowiedzieć dlaczego i w jaki sposób został spowodowany wypadek w szkole nalegam abyś szła za mną. Nie jestem seryjnym mordercą - tutaj usłyszałam nutkę drwiny - ani gwałcicielem. Nie zrobię ci krzywdy.
Spojrzałam mu w oczy. Lśniły nadludzką dobrocią która przykuwała moją uwagę ale też stale mnie niepokoiła. Jednak nie zawahałam się.
Wprowadził mnie do pensjonatu a potem popchnął w kierunku salonu.
Salon był cały w starodawnych regałach książek. Były tak tomy oprawione w grubą skórę ale także tomiki nie większe niż rozłożona dłoń. Pokój był wielkości małej sali treningowej w mojej szkole. Podłoga została przykryta najdroższymi dywanami sprowadzonymi najprawdopodobniej z Peru ze względu na napisy oraz ornamenty je zdobiące. Stał także spory stolik oraz dwa masywne fotele i kanapa pamiętające jeszcze czasy wojny secesyjnej. Wszystko jednak było urządzone starannie i odpowiednio do panującej atmosfery w domu. Zapewne musieli dużo zapłacić dekoratorowi wnętrz.
Odwróciłam się w jego stronę. Patrzył na mnie znów tymi nieprzeniknionymi oczami, chcąc wedrzeć się w głąb mojej duszy.
- A więc o co chodzi? - spytałam niepewnie. Bałam się odpowiedzi.
Stefano głośno odetchnął i znów spojrzał mi w oczy. Jednak teraz widziałam w nich lód.
- Naprawdę nie wiesz jak doprowadziłaś do sytuacji w szkolnej stołówce? - zapytał pytaniem na pytanie. Ironia tak bardzo dziwnie brzmiała w jego ustach.
Pokręciłam głową i odwróciłam wzrok.
- Tylko po to mnie tu zaciągnąłeś? Wiem, że coś jest nie tak ale nie mam pojęcia co. Jestem zwykłą dziewczyną...
- Zwykłe dziewczyny nie wysadzają w powietrze wszystkich szyb z stołówce szkolnej - rozległ się głos za Stefanem - Jeśli na serio chciałaś skrzywdzić trzy czwarte szkoły mogłaś po prostu ich zabić, byłoby mniej problemów.
Wtedy zauważyłam chłopaka, który był tylko odrobinę wyższy od Stefano. Miał kruczoczarne włosy które w odróżnieniu do włosów jego brata opadały prosto na czoło. Miał także czarne oczy, jak dwa węgle. Świeciły się niespokojnie. Łączyła ich tylko biała karnacja.
Chłopak podszedł do Stefano i rzucił krzywy wyraz wzorku na mnie.
- Jestem Damon. Damon Salvatore - powiedział i ruszył w kierunku barku z alkoholami w drugim końcu salonu.
Stefano prychnął.
- Nie jest zbyt dobry w powitaniach - szepnął.
- Słyszałem - odparł głośno Damon odwracając się w kierunku Stefano z kieliszkiem brandy w ręku.
- Och Damon nie bądź taki - żachnął się Stefano uśmiechając się szeroko i pokazując śnieżnobiałe zęby - Oboje dobrze wiemy jaki tak naprawdę jesteś.
Damon zmrużył oczy, odwrócił się znów w kierunku barku i nie odpowiedział.
Stefano pokazał ręką kanapę.
- Proszę, siadaj.
Usiadłam na wielkiej kanapie a może nawet sofie, która była nienaturalnie miękka i obszyta szmaragdowo zielonym aksamitnym obiciem. Mogła mieć ponad dwadzieścia lat.
Stefano ruszył w kierunku jednego z regałów i wyjął z niego dużą księgę oprawioną w grubą, starą okładkę i położył ją przede mną na stoliku. Potem wybrał jakąś stronę i stanowczo przewrócił ją.
Moim oczom ukazały się znaki runiczne oraz różnorodne fotografie w niektórych miejscach przedstawione razem z tekstem.
- Widziałam już kiedyś takie znaki, babcia mi je pokazała - zaczęłam.
- Widzisz Stefciu? Wie co to za znaki, pół godziny roboty mniej - wtrącił się Damon siadając obok mnie na kanapie tak, że stykaliśmy się udami. Poczułam głęboki zapach jego ubrań. Bynajmniej nie był to zwykły proszek do prania.
- Avia, posłuchaj. Ta książka jest pełna pustych kartek. Widzimy tylko fotografie i tekst napisany starym gotyckim pismem. Nie widzimy tutaj żadnych run... - powiedział Stefano patrząc na mnie. Także na niego spojrzałam.
- Co to ma niby oznaczać? - spytałam patrząc to na Damona to na Stefano. Potem dotknęłam palcem wskazującym jednego ze znaków na kartce. Dokładnie czułam pod jego palcami wtopiony w celulozę atrament.
- Kobiety które widzą te znaki...są czarownicami - powiedział Damon tuż nad moim uchem. Zabrzmiał drapieżnie i po moich plecach przebiegł dreszcz.
Pokręciłam głową.
- Czuję w tym miejscu atrament. Musicie widzieć te napisy, atramentu nie da się zamazać - zaprotestowałam. Stefano prychnął. Wyprowadzałam go z równowagi.
- Avia. Twoja babcia jest czarownicą. Twoja prababcia jest czarownicą... - powiedział pochylając się przez stół w moim kierunku.
- Ale moja mama nie jest. Skoro ona nią nie jest łańcuch został przerwany. Aby być czarownicą trzeba nią być z pokolenia na pokolenie - powiedziałam stanowczo zaciskając usta w wąską linię - Ale skoro moja babcia jest czarownicą to czemu mama nie jest?
- I to jest właśnie ten problem - odparł Damon wstając i robiąc powolne okrążenie dookoła mnie i Stefano - Twoja matka powinna być czarownicą. A nią nie jest. Pytaliśmy o to nawet twoją babcię ale wzruszyła tylko ramionami i powiedziała "Nic nie pamiętam".
Spojrzałam na niego groźnie. Odpowiedział mi drwiącym uśmiechem i stanął obok Stefano.
- Jesteście braćmi a macie tyle różnic... - szepnęłam. Damon spojrzał z ukosa na brata.
- Jakoś mi jest dobrze być takim jak teraz - odparł bez wyrazu twarzy.
Stefano się nie odezwał. Stał z zaplecionymi rękoma na piersi i przyglądał mi się uważnie.
- Musisz być naprawdę słaba skoro nie masz żadnego przypływu mocy - powiedział Damon znów ruszając w kierunku barku.
Odetchnęłam w złości. Wzbierał we mnie gniew.
- Damon.. Nie prowokuj jej...
- Niby czemu co? Babka ukrywała przed nią jej prawdziwe ja, Stefan obudź się! Potrafi tylko rozwalić szyby w stołówce i poranić połowę szkoły z braku umiarkowania. Jest słaba.
- Damon - powiedział głośniej Stefano - Uspokój się.
- Jej matka nawet nie jest czarownicą. Czego ty do cholery od niej wymagasz? Żeby cię w królika zamieniła? Prędzej zeszłaby na zawał niż cokolwiek wyczarowała.
To co później się stało przemknęło mi odrobinę przez mgłę. Wstałam z sofy raptownie i w mgnieniu okna znalazłam się przy Damonie. Złapałam go mocno za szyję i uniosłam do góry tak, że jego nogi zwisały bezwładnie nad podłogą.
- Jeśli jeszcze raz powiesz coś złego o mojej rodzinie to osobiście wyrwę ci język - powiedziałam mrużąc oczy.
Rzuciłam nim przez połowę pokoju tak, że znalazł się obok nóg Stefano. Stefan popatrzył na niego z lekką drwiną śmiechu na ustach.
Damon zaczął się powoli podnosić. Gdy wstał zaczął kręcił głową i usłyszałam lekkie chrupnięcie co oznaczało, że kość wróciła na miejsce. Damon odwrócił się w moim kierunku i spojrzał na mnie zaskoczony.
- Jak ty to zrobiłaś? - zapytał. Spojrzałam na swoje ręce. Nie widziałam nic co przykułoby moją uwagę.
- I tak nie dasz radę nas zabić - powiedział Stefano. Teraz spojrzałam w jego oczy. Nadal lśniły spokojem i harmonią.
- Jesteście hybrydami? - spytałam.
- Wymysły - prychnął Damon i pokazał swoje śnieżnobiałe zęby - Coś stanowczo bardziej normalnego.
Wtem jego kły zaczęły się wydłużać i zrobiły się bardzo ostro zakończone. Oczy Damona zrobiły się czerwone i złe.
Zaczerpnęłam głośno powietrze.
- Jesteście wampirami - szepnęłam nie mogąc odwrócić wzroku od wyglądu Damona.
Stefano spuścił wzrok na swoje buty. Zacisnęłam zęby i przełknęłam ślinę. Czułam jak w mojej krwi powiększa się poziom adrenaliny.
- Ja.. Muszę już iść - powiedziałam i szybko wybiegłam z domu zatrzaskując za sobą wielkie dębowe drzwi pensjonatu.
Słabo usłyszałam ostatnią rozmowę braci Salvatore.
- Pozwoliłeś jej uciec! A jeśli wygada? - powiedział z wielkim napięciem Damon. Mogłam sobie wyobrazić, że teraz zapewne stoi naprzeciwko brata i patrzy mu w oczy złym wyrazem twarzy.
- Uspokój się Damon. Nie po to jest czarownicą aby wygadać. Dobrze wie, że jeśli powie o tym pani burmistrz to jednocześnie zabiją nas jak i ją i jej babkę. Nie jest głupia.
Odetchnęłam lekko i zaczerpnęłam powietrza w płuca. Rzuciłam się do biegu, bałam się, że będą mnie ścigać. Biegłam przez ciemny las aż do chwili gdy stanęłam na rozgrzanym od słońca asfalcie drogi prowadzącej do centrum Mistic Falls.
Znowu byłam w domu.